piątek, 05 czerwiec 2020 08:57

Praca online – komu służy najbardziej?

Napisane przez T. Piotr Durawa


Pobierz załącznik:
Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Od marca 2020 r. przetacza się przez świat ogromna fascynacja pracą wykonywaną zdalnie. Po raz pierwszy w historii, nieco przymuszeni, przedsiębiorcy musieli rozluźnić gorset regulaminu pracy i zgodzili się patrzeć pracownikom na ręce z nieco większego dystansu. To, że zmiany wymusił natrętny wirus, nie wymaga dodania.

Po pierwszych zachwytach pozostaniem w domu, możliwością samodzielnego regulowania czasu i tempa pracy czy wreszcie swobody „odzieżowej”, pojawiły się też pierwsze krytyczne uwagi. Przeciwnicy home office (malkontenci?) z satysfakcją komentują trudności, z jakimi mierzą się pracujący z domu.

Za najpoważniejszą wadę uważa się oczywiście brak interakcji z innymi pracownikami. Cokoleiek by nie powiedzieć, to ploteczki w biurowej kuchni są najlepszym pasem transmisyjnym nie tylko dla omawiania obyczajowości koleżanek i kolegów, ale także dla nowych planów firmowych, zdobywania nowych kwalifikacji i umiejętności oraz twórczej wymiany myśli na temat najnowszych strategii czy polityki firmowej. A home office ich nie oferuje. Listę wad szybko uzupełnia niezauważalne przenikanie się świata zawodowego ze światem prywatnym. Pracownik zdalny, nieuzależniony od sztywnych godzin pracy, może być „w biurze” całą dobę, może w nim spać i jeść, i jeszcze bawić się z dzieckiem. Na początku taka organizacja dnia wydaje się kusząca, z czasem jednak brak wyraźnej granicy pomiędzy czasem aktywności zawodowej i osobistej może stać się obciążeniem.

Niezawodni krytycy odkrywają kolejne ryzyko dla pracujących z domu, jakim jest mnogość pokus, odciągających od zadań, które koniecznie trzeba wykonać. Dla efektywnej pracy w domu potencjalnych zagrożeń jest wiele więcej, niż w tradycyjnym biurze, a stałe skupienie na zadaniach wymaga nie lada dyscypliny i samozaparcia. Nic się nie wydarzy przecież, jeśli pójdziesz do sklepu, wrzucisz pranie, odkurzysz czy wreszcie obejrzysz najnowszy odcinek serialu – przecież pracę wykonasz później. Łatwo sobie wyobrazić nawarstwiające się obowiązki i rosnący stres związany z ich niewykonaniem.

Nawet niezbyt bystry obserwator potwierdzi, że wspaniale jest, gdy szef nie patrzy na ręce przez cały dzień. Ale zaraz potem dodaje, że brak bieżącej informacji zwrotnej, komunikacja ograniczona tylko do wymiany informacji czy brak świadomości, że jest się częścią całości, może szybko stać się demotywujący. Admirator pracy zdalnej powie oczywiście, że są przecież komunikatory, telefony, videochaty i co tam dusza zapragnie – można się efektywnie komunikować i być częścią całości. Czy aby na pewno? Czy ów admirator nie myli komunikowania z transferem informacji? Komunikowanie, którego jako ludzie pragniemy, ma znacznie więcej aspektów niż tylko mówienie, słuchanie i niewyraźna mowa ciała na ekranie. Mamy jeszcze smak, węch, dotyk, które dla naszego postrzegania drugiego człowieka i naszej roli społecznej odgrywają ważne funkcje, i które też przenoszą informacje. Możemy oczywiście wzajemnie się informować, ale czy zaspokoi to ludzką potrzebę komunikowania i czy wpłynie pozytywnie na efekty pracy zdalnej, pozostaje kwestią otwartą.

Zrzędliwy znawca doda, że tak chwalony home office może nie pozostawać bez wpływu na zdrowie. Wiele firm zapewnia pracownikom ergonomiczne, wygodne warunki pracy: dopasowane krzesła, klimatyzację, ruchome biurka, duże monitory. Czy home office są też tak wyposażone? Na pewno bywają takie, ale to raczej mniejszość. W rezultacie pracujesz przy kuchennym stole i na twardym „obiadowym” krześle, a są przecież jeszcze tacy, którzy pracują na kanapie. To musi skończyć się bólem pleców, którego organizm nie ma szans zregenerować w ruchu, bo przecież droga do biura to tylko 5 kroków z sypialni do stołu.

Przyglądając się krytycznie pracy zdalnej, trzeba także uwzględnić praktyków. Oni, na podstawie własnych doświadczeń, dodają do listy słabości jeszcze jeden aspekt, a mianowicie niedocenianie pracy wykonywanej z domu. Pytania: Kiedy znajdziesz wreszcie prawdziwą pracę? Czy możesz dziś zrobić zakupy, przecież i tak jesteś w domu? Kim ty jesteś w tej firmie, że nie mają dla ciebie nawet krzesła i biurka?, są codziennością pracujących z domu. I chociaż często poświęcają pracy więcej czasu niż przeciętni pracownicy in situ, wysiłek ten bywa niedostrzegany i niedoceniany. To niezwykle frustrujące.

Czujny Czytelnik już chce pewnie zapytać: Czego ty chcesz, człowieku? Żeby plusy nie przysłoniły nam minusów? Przecież otwierają się nowe możliwości, nowe szanse, nic już nie będzie takie jak było. Jak glob długi i szeroki słychać pochwalne hymny: praca zdalna to nasza przyszłość. Dotychczasowe obserwacje wskazywały już jej wielki potencjał. W ciągu ostatnich 10 lat ilość zadań wykonywanych zdalnie wzrosła o ponad połowę, a firmy ją obsługujące w zakresie oprogramowania, specjalistycznych urządzeń i usług je wspierających stworzyły całkiem spory sektor gospodarczy. A w czasach wirusa całość nabrała rozpędu.

Wydaje się zrozumiałe, że zachwyceni są pracownicy, korzystający z tej możliwości. Przecież oszczędzają na czasie i kosztach dojazdów, mogą elastycznie organizować swoją pracę, mogą wybrać ulubiony strój i miejsce (np. taras latem). Nawet jeśli ich pracodawcy ustalą sztywne godziny pracy z domu (są tacy!), ich środowisko pracy będzie znane i przyjazne, to przełoży się na koncentrację, a to z kolei na szybkość i wysoką jakość wykonywanej pracy. Z powodu braku „przeszkadzaczy”, takich jak ploteczki w biurowej kuchni, wpadania szefa z robotami na wczoraj i tym podobnych, większość prac da się lepiej zorganizować, unikając niepotrzebnego rozproszenia. Praca z domu jest zwykle znacznie bardziej płynna, co ogranicza stres, zwiększa wydajność i motywację, a to znowu korzystnie wpływa na zrównoważenie pracy i życia rodzinnego. Badania wykazały, że pracownicy pracujący zdalnie są o 57% bardziej zadowoleni z pracy, uważają, że są bardziej wydajni i mniej zestresowani. Tak oto powstaje obraz pracowniczego raju: bez wychodzenia z domu, 3¬–4 godzinki przy monitorze, bez stresu, marudnego szefa i namolnych kolegów. Zachwytom nie ma końca.

Niby większość pracowników znała już wcześniej odpowiednie narzędzia komunikacyjne, ale ich masowe zastosowanie wymusiła dopiero pandemia. To, co dotychczas wspierało komunikację egzotycznych zespołów roboczych z różnych stref czasowych, w ciągu kilku dosłownie dni stało się podstawowym narzędziem pracy osób zatrzymanych w domach, choćby były one zlokalizowane na sąsiadujących ulicach.

Wredny wirus spowodował gwałtowne przestawienie gospodarki na tryb zdalny, a efekty tego przestawienia mogą stać się największą, od czasów produkcji taśmowej Henry’ego Forda, rewolucją w organizacji pracy. Przedsiębiorcy co prawda jeszcze „przed wirusem” dostrzegali, że praca zdalna przyczynia się do wzrostu morale pracowników o 90%, zmniejsza koszty operacyjne o 77% i ogranicza liczbę zwolnień lekarskich o 50%, ale dopiero pierwsze dni pracy w izolacji udowodniły, że to działa. Wszyscy zrozumieliśmy, że przedsiębiorstwa mogą funkcjonować bez narad w salach konferencyjnych, bez spotkań przy lunchu czy bez służbowych podróży.

Przedsiębiorczość to przede wszystkim dostrzeganie szans, a tak poważna zmiana jak rozwój pracy zdalnej stanowi ogromną szansę m.in. na obniżkę kosztów. Pracownik, który pracuje z domu nie generuje kosztów, choćby oświetlenia, ogrzewania, klimatyzacji, amortyzacji mebli. Lata temu wymyślono pracę na gorących biurkach (hot desks) oferując miejsca pracy tylko dla 50¬–60% załogi. Reszta ma być w terenie lub właśnie w home office, gdzie pracownik sam zapłaci za energię, wodę i wykorzysta swoje meble. Jeszcze łatwiej niż u siebie, można poszukać oszczędności u innych. Jeden z wielkich (naprawdę wielkich) koncernów światowych w swoich rekrutacjach informuje, że jest firmą ludzi młodych, nie zorientowanych na status, ceniących swobodę, równość i luz. Przejawia się to konkretnie w tym, że firma zezwala pracownikom na wygodne, nieformalne stroje i bezpośrednią komunikację. Ta polityka komunikowana jest także klientom i partnerom biznesowym. Wygląda nieźle, prawda? Tak, ale tylko do pierwszej rozmowy o pieniądzach. Oferowane stawki są poniżej stawek rynkowych, co uzasadnia się m.in. tym, że pracownicy maja przecież niższe koszty, ponieważ nie muszą wydawać pieniędzy na reprezentacyjną odzież. Podobny w swojej logice argument dotyczy osób zatrudnianych do pracy zdalnej: stawka jest niższa, bo nie musisz dojeżdżać, oszczędzasz czas i pieniądze i dlatego chcemy, abyś swoimi oszczędnościami podzielił się z pracodawcą. Ale to dopiero początek oszczędności.

Zaakceptowanie pracy zdalnej to pierwszy poważny krok do możliwej zmiany stosunków pracy. W tradycyjnie zarządzanej gospodarce pracodawca pozyskiwał na rynku pracy specjalistów, kupując ich kwalifikacje oraz dostępność. Jeżeli nie miał dla nich wystarczającej ilości pracy na zakontraktowany czas, mógł ich wykorzystać w inny sposób zgodny z prawem, bo pozostawali oni w jego dyspozycji, tj. biurze, w określonych godzinach. Lokalizacja i godziny były zatem głównymi parametrami wykonywanej pracy i otrzymywanej za nią płacy. Praca zdalna usuwa parametr lokalizacji – pracownik może swoja pracę wykonywać z plaży (pozazdrościć!) i zmienia parametr czasu, który dotychczas był płacotwórczy – za określony czas pozostawania w dostępności należało się określone umową wynagrodzenie. W realiach pracy zdalnej o czasie jest tylko mowa w kontekście dostarczenia umówionej pracy na umówiony moment. Za spełnienie tych dwóch warunków należy się wynagrodzenie. Czy ta konstrukcja z czymś się Państwu już kojarzy? Jasne, to sposób pracy freelancerów, osób pracujących na umowę o dzieło czy różnych wariantach umów prowizyjnych, czyli zwykle osób samozatrudnionych. Osób, których zatrudnienie jest zwyczajnie znacznie tańsze i mniej ryzykowne.

Zmiana metod komunikowania i wymuszona nimi zmiana stosunków pracy odciśnie swoje piętno także na strukturach organizacyjnych. Samodzielna praca i ocena jej jakości przez obiektywne parametry (cele i ich realizacja) wywołają spłaszczenie struktur i natychmiastową redukcję niepotrzebnej już części komórek nadzorczo-kontrolnych, czyli różnych menedżerów i supervisorów. To kolejne źródło poważnych oszczędności.
Nie jest łatwo przewidywać rozwój wypadków, zwłaszcza w tak złożonej przestrzeni, jaką jest gospodarka, ale dziś coraz częściej pracując zdalnie, możemy już spodziewać się, że to udogodnienie dla jednych lub utrudnienie dla drugich, będzie brzemienne w skutkach. Na początku XIX w. angielscy luddyści sprzeciwiali się czynnie wprowadzaniu krosien parowych, niszcząc je fizycznie. Chcieli w ten sposób ocalić swoje miejsca pracy. Dziś raczej nikt nie będzie niszczył komunikatorów internetowych, bo i nie ma jak. Warto jednak wyciągnąć z doświadczeń luddystów naukę: po pierwsze ataki na krosna nie spowodowały ich wycofania, a po drugie, pewnie też ważniejsze niż „po pierwsze”, rzeczywiście niektóre miejsca pracy zniknęły, ale na ich miejscu pojawiły się inne. Analogicznie należy patrzeć na zmiany, jakie wywołuje praca zdalna: nie ma co ich kwestionować, bo one na pewno zostaną wdrożone. W rezultacie rzeczywiście zniknie wiele dzisiejszych zawodów i stanowisk, ale wiemy już, że na ich miejsce powstaną nowe. Nasze pokolenie ma znacznie łatwiej niż luddyści, ponieważ my mamy prawie nieograniczony dostęp do nowych kwalifikacji i nowych możliwości. Dlatego możemy się na nowy ład pracowniczy zawczasu przygotować, aby na zmianach jak najbardziej skorzystać. Bo bardziej istotne od tego gdzie jesteśmy teraz, będzie to, gdzie będziemy, kiedy gospodarka ruszy.

Czytany 24 razy Ostatnio zmieniany piątek, 05 czerwiec 2020 09:05